Świadectwo Krzysztofa
Hmmm, nonono, kto by pomyślał, że to właśnie ja będę pisał taki artykuł na taki temat… Chyba już teraz mogę powiedzieć, że drogi i zamysły Boże są naprawdę niepojęte. A argumentów na potwierdzenie tego stwierdzenia można spokojnie poszukać w historii mojego powołania…
Gdy ktoś mówi, że całkiem nie pasuje do typu „niegrzecznego, nawróconego chłopca”, to ja mogę spokojnie powiedzieć, że tenże chłopiec to ja. Przez całe życie byłem typem zbuntowanym, niepokornym, dzieciakiem, o biblijnym „twardym karku”. Lubiłem działać, interesowałem się sportem, później poszerzyłem moje zainteresowania o „życie nocne”, ale zawsze posłuszeństwo nie było mi „po drodze”… W szkole też nie mieli ze mną lekko, a wywiadówki były dla mojej mamusi prawdziwą Golgotą… Takim też byłem ministrantem. Sprawiało mi to dużą radość, „czułem” ten klimat ministranckich obozów, zbiórek, meczów. Ale i tu objawiał się mój charakterek. Gdy już byłem „duży i starszy” często zbiórki kończyły się beze mnie a także raz czy dwa byłem nagradzany za moją aktywność „urlopami”. Ale po drugiej przerwie w służbie przy ołtarzu, to ja sam- „wielki i nie do złamania”- poprosiłem opiekuna o powrót do prezbiterium… A to dzięki Temu, którego spotkałem...
Gdy kończyło się ogólniak było trzeba postanowić- co dalej? Jeszcze w pierwszej klasie myślałem o AWFie, ale koniec końców na maturze zdawałem historię i dostałem się na ten kierunek na KUL. Było tam fajnie- studia, znajomi, i tzw. szeroko pojęta studencka „wolność”. Ale gdy już mi się takie życie zaczynało nudzić, myślałem, że może by, co innego w życiu porobić… Wtedy na kazaniu usłyszałem opowieści misjonarza oblata o tym, jak głosi się Chrystusa w afrykańskich dżunglach czy w wysokich Andach. I pomyślałem wtedy: „to jest coś dla mnie!”. Ale od razu mi te myśli uciekły, bo zakonne życie nie pasowało do mnie. Jednak z czasem wszystko zaczęło się dziwnie zmieniać… Coraz częściej interesowały mnie wizyty w Kościele, a nie studenckie puby… Jeśli dodać do tego problemy, które miałem i szukanie na nie lekarstwa właśnie u Najwyższego, owocnie przeżyte rekolekcje adwentowe, coraz większa chęć bycia misjonarzem, to mogę powiedzieć, że wracając na Boże Narodzenie do domu, wracałem już z myślą porzucenia studiów, napisania do werbistowskiego powołaniowca, no i przede wszystkim powrotu do Liturgicznej Służby Ołtarza…
I tak to właśnie ze mną było… Z największego buntownika do człowieka, który ma swoją wolę podporządkować komu innemu. Ale jeżeli ma to być wola Chrystusa, to dziś, mimo wszystko, mówię:„Okej Jezu!”.